Miało być o listach, wyszło jak zawsze (środa)
Nagrywamy się sobie. Trudno nazwać to rozmową, ale na pewno można nazwać komunikacją. Lubię tę formę, szczególnie w komunikatorach, które nie nakładają na użytkownika konieczności samoograniczenia się na przykład do pięciu czy dziesięciu minut. Można gadać i gadać. Z kolei, żeby odsłuchać odpowiedzi - trzeba mieć czas, poczekać aż wszyscy pójdą spać, założyć słuchawki, wziąć do ręki karteczkę, żeby sobie notować hasłowo o czym osoba mówi i móc się później do tego odnieść, żeby to jednak nie była tylko wymiana oświadczeń, ale żeby był element dialogiczny.
Ta forma nie domaga się też natychmiastowej odpowiedzi. Nikt się nie dziwi, że nagranie czasem wisi w kanale komunikacyjnym nieodsłuchane dzień, dwa czy trzy, w skrajnych przypadkach i dłużej. Bo przecież skoro nagrałem drugiej osobie dziesięć, piętnaście, bywa że więcej minut - to i druga osoba musi w śród swoich licznych zajęć znaleźć czas na odbiór i nadanie komunikatu zwrotnego, a po drodze nawet - o zgrozo! - przemyślenie tego komunikatu. Bywa, że konieczne ponowne nagranie jeżeli w trakcie mówienia myśl rącza w gęstwę leśną chyżo pobiegła.
W tym sensie, w dobie mediów służących do szybkiego, natychmiastowego doznawania gratyfikacji tworzymy sobie w wąskim gronie oldboyów, głównie, sieć komunikacji, która w jakimś stopniu przypomina dynamiką dawną wymianę listów. Pewnie, że jednak listy zajmowały więcej czasu, były czynnością która co do zasady angażowała inne ośrodki mózgowe - mówienie językami ludzi to zupełnie inne ośrodki korowe w mózgu niż pisanie liter. Mówię jednak o dynamice. O wymogu pewnej premedytacji, odroczenia, poczekania z odbiorem, przywracaniem sobie zdolności operowania dłuższymi fragmentami tekstu, snuciem opowieści, budowaniem skrawków głębszej refleksji niezwiązanych z doraźnością, momentalnością.
Zaczynaliśmy ostrożnie we dwóch z Marcinem chyba ze dwa lata temu. Zanim weszło nam to w krew, w stały rytm tygodnia okazało się, że to tez dobra metoda podtrzymywania bliskiego kontaktu także z innymi znajomymi, którzy nie zawsze mają czas i ochotę pisać tasiemcowe emaile czy - co częstsze - nie zawsze mają czas by odebrać telefon w celu toczenia rozmowy dłuższej niż dwie, trzy do sześciu minut.
Ja na przykład od lat w zasadzie nie odbieram telefonów po wejściu do domu po pracy, ograniczam je w weekendy. Uważam że mamy tak mało czasu dla siebie - mam na myśli siebie samego, ale też najbliższe otoczenie, rodzinę, dzieci, sąsiadów, że nie mam zamiaru tych czterech - pięciu godzin dziennie rozbijać rozmowami telefonicznymi. Może gdybym pracował gdzie indziej, czas dojazdu do pracy był krótszy, nie miał dodatkowych zajęć - to bym dzwonił i odbierał. Ale tak nie jest.
Tymczasem wynalazek voice-maila, głosówki, nagrywki jak to się mówi - jest idealny. Odsłuchujesz kiedy masz czas, odgrywasz w wolnej chwili idąc do sklepu, jadąc samochodem z pracy, idąc z dworca, czekając na pociąg, który się spóźnia.
A tak naprawdę chciałem napisać coś o wymierających w swoim naturalnym środowisku gatunkach komunikacji międzyludzkiej, które istnieją już tylko jako dziwne formy literackie.
Stąd wstęp o głosówkach, które zaczęliśmy ponad dwa lata temu wymieniać z Marcinem, a dzisiaj wymieniam także z żoną, córką, matką i niewielkim, ale ważnym gronem najbliższych znajomych.
Może to było potrzebne.
Ciąg dalszy jutro, albo wieczorem.



Komentarze
Prześlij komentarz