O przedziwnej marności diagnoz dotyczących stłoczenia i zatrzaśnięcia pola poetyckiego naszego, co marginesem jest literatury narodowej polskiej zawżdy. (Środa)


 


11 lutego 2026, środa


1.

Ile to razy w podobnej sytuacji uprzejmie słuchałem, patrzyłem oczyma, które, miałem nadzieję wyraz mają rozumny i zdradzają żywe zainteresowanie rozmówcą? Kiedyś z większą nadzieją w sercu, potem tylko z wyrozumowaną kalkulacją, wreszcie z rezygnacją. Czasem pytałem, ale dlaczego chcesz to zrobić, co z tego będziesz mieć? Podstawowe pytanie, kiedy się słucha dłużej niż pół godziny kogoś, kto opowiada z pozytywnym nastawieniem oraz entuzjazmem o tym, jak stworzy narzędzie, dzięki któremu poezja wyjdzie z tej przestrzeni w której utknęła i trwa. Różnie tę przestrzeń się nazywa, nazywało i będzie nazywać - bańka, nisza, getto, dystrykt, margines społeczny. I różnie się definiuje przyczyny jej utknięcia w tej przestrzeni, która, jak by jej nie nazywać - jest wąska, nie daje, zdałoby się, szans na cokolwiek, na przykład na oddech. Nie mówiąc już o tym by zapewnić ludziom tworzącym poezję - utrzymanie, dochód, albo chociażby poczucie, że nie piszą tylko po to by zasilić wielką pustkę, by rzucić wyzwanie wielkiej ciszy, która jest odpowiedzią na najbardziej wyrafinowaną, emocjonalną, intelektualną konstrukcję opatrzoną etykietą "poezja". 

Przestrzeń zatem jest ograniczona, możliwości rozwoju w niej niewielkie. I jak powiadam, co jakiś czas przychodzi ktoś i mówi, słuchajcie ja wiem dlaczego to nie działa, wiem czego potrzeba i ja to zrobię. I pewnie toczy wiele podobnych rozmów z ludźmi, którzy od jakiegoś czasu tę poezję próbują robić, wydawać, pisać, czynić widoczną, słucha uprzejmie co mają do powiedzenia, opowiada co zrobi i jak zrobi, odpowiada na pytania, takie jak moje. Na przykład o to, co ci to da, po co to robisz?

Odpowiadają najczęściej, że mają doświadczenie z e-commerce, coachingu, kreatywnej pielęgnacji pudla i mają pomysły, nowe i świeże, na przykład, żeby spojrzeć na książkę poetycką jak na towar który trzeba rekomendować, pozycjonować i dobrze sprzedać. Zazwyczaj wówczas zadaję pytanie po raz drugi - czego chcesz dla siebie w ramach tego projektu, a projekty nader często przypominają po prostu kolejny sklep. I wtedy słyszę odpowiedź, która kiedyś budziła nadzieję, potem kiwanie głową, wreszcie rezygnację, której starałem się nie ujawniać ze wszystkich sił. Odpowiedź zazwyczaj brzmi, że osoba chce dać innym i sobie zarobić.

Tak.

Na sprzedaży poezji chce zarobić. Poezji. 

Niech to wybrzmi, stąd te kropki. Kropki, których chyba nie da się połączyć, o czym dalej.

2.

Jest taki bon mot, który zawdzięczamy chyba fizykom elementarnym, że bywa tak, że kiedy wszyscy twierdzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie. Inne z kolei powiedzenie o podobnym ciężarze gatunkowym, które zawdzięczamy jednemu z mistrzów Zen, popularnymu w latach 90-tych ubiegłego stulecia, mówi, że w umyśle eksperta jest tylko kilka możliwości podczas, gdy w umyśle początkującego jest ich wiele. Ten pierwszy bon mot nie wspomina jednak nic o tym, że ta osoba, która nie wie, że coś jest niemożliwe musi mieć umysł Alberta Einsteina - bo do tej postaci się to powiedzenie odnosiło, a ta druga sentencja nie wspomina z kolei nic o tym, że wprawdzie umysł początkującego ma w sobie nieskończoną ilość możliwości, ale w większości przypadków są to możliwości błędne. 

Oba zdania kojarzą mi się silnie z tymi - nie wiem już iloma - historiami przybyszów, którzy próbowali otworzyć drzwi dla poezji, pokazać, że się da, że można. Bo rzeczywiście zazwyczaj przychodzą ze świata innego niż te wszystkie oficyny, oficynki, wydawnictwa, w których trzeba napisać emaila do wydawcy, że chce się kupić książkę, zamiast po prostu kliknąć trzy razy w allegro smart. Są z tych, którzy nie doznali lat ciężkiego szorowania brzuchem po piachu, pisania wniosków, wysyłania dziesiątków kopert już to w nadziei, że ktoś zauważy i napisze recenzję, albo paczek, czasem z absurdalnymi formularzami zgłoszeń do nagród, w nadziei, że ktoś zauważy i nominuje. W jakimś sensie są początkującymi geniuszami, tak w każdym razie można by ich traktować. I proszę mi wierzyć - mimo, że jestem w tym świecie upadających tytułów pism literackich, nakładów książek wynoszących po trzysta, czterysta egzemplarzy od kilku dekad - staram się tak na nich zawsze patrzyć i tak traktować - jak początkujących geniuszy, geniuszki, którym potrzebna jest ludzka życzliwość, przestrzeń, czas i wsparcie.

Nie rozumiem tylko jednego. Zakładając nawet, że te sentencje miałyby zastosowanie w przypadku tych osób, które co jakiś czas pojawiają się w środowisku literatury trudnej to nie wyjaśnia dlaczego z tych wszystkich możliwości kreatywnego podejścia do problemu zawsze wychodzi sklep i e-commerce? 

Czy naprawdę nie wydarzyło się nic innego w tak zwanym polu literackim ostatnich trzydziestu lat co wymagałoby namysłu oraz następującego po namyśle - pomysłu? Nic po za załamaniem się sieci sprzedaży poezji? O ile ta sieć kiedykolwiek istniała i była istotna. Bo może po prostu kiedyś poezja miała prestiż społeczny i sprzedaż w jakimś stopniu to odzwierciedlała? Czy doprawdy wystarczy do poezji zastosować narzędzia, które się sprawdziły przy sprzedaży ziemniaków, chińskich podróbek perfum, latarek-czołówek czy gumy do żucia - a reszta sama się potoczy? Wystarczy ludziom podsunąć pod nos zbiór wierszy kogokolwiek, a ludzie to kupią, nawet bez banderolki nagrody literackiej? I wszystko nagle zacznie kwitnąć jak łąka w maju?

Nie jest aby tak, że wtórna analfabetyzacja, której korelatem jest całkowita marginalizacja poezji, poetek, poetów jest zjawiskiem wieloczynnikowym? A skoro tak, to czy naprawa jednego elementu - zakładając, że będzie to naprawa - cokolwiek zmieni? 

3.

Nie chcę wyjść na malkontenta, złośliwca, gorzkniejącego faceta koło pięćdziesiątki, ja bardzo dobrze życzę wszystkim, którzy wchodzą pomiędzy stado wron kraczących o tym, że coś się nie da i mają to przekonanie, że teraz, tutaj oni właśnie coś zmienią i to będzie dobre. 

Zawsze w którymś momencie rozmowy pytam też - czego ode mnie jako autora, animatora, promotora, niegdyś krytyka, współwydawcy potrzebujesz? I czy w ogóle ode mnie czegoś potrzebujesz? Najczęściej słyszę odpowiedzi proste, jak recepty, które przynosi taka osoba i na wszystko się zazwyczaj zgadzam. I najczęściej na tym się kończy misja sanacja, pomysły na sklepy, księgarnie tylko z poezją i rewolucja rynku, który nie istnieje.

To, co niezmiennie mnie dziwi to wyjątkowo mało kreatywny sposób podejścia do zjawiska istnienia-poezji-w-świecie, ściśle towarowy i monetarny, który zakłada, że głównym celem i motywacją pisarza, pisarki jest sprzedać, a odbiorcy - kupić. Bardzo ubogo jak na pomysł zbawiania poezji.

Oczywiście całkowicie się zgadzam z tym, że częścią problemu jest to, że poezji nie ma w księgarniach że mówi się o niej w bardzo wąskim zakresie tylko przy okazji nagród lub pogrzebów, albo w kontekście tych samych kilku, czasem kilkunastu postaci. I to prawda, że niewielkie oficyny wydawnicze, które obsługują około połowy rokrocznie ukazujących się tytułów poezji po prostu nie mają środków, tak finansowych jak i ludzkich mocy przerobowych żeby w sposób właściwy organizować sobie dystrybucję i promocję. 

Ale to zaledwie wierzchołek góry. Gdzieś u jej podstaw obok poziomu czytelnictwa, który w Polsce jest niski i rykoszetem bije tez w poziom obecności i widzialność bardziej ambitnych gatunków literackich jest też kompletnie zniechęcający model doboru lektur i schematycznych metod pracy z tekstem w szkole. 

O całkowitej ignorancji uczących polonistów, jako grupy zawodowej, gdy chodzi o wrażliwość na literaturę współczesną już litości nie wspomnę. Przez 34 lata działalności grupy literackiej w powiatowym mieście na kilkuset różnych spotkaniach literackich od kryminału po filozofię raz, słownie raz, widziałem polonistów jednej z miejscowych szkół średnich. Bo ich dyrektor był pomysłodawcą spotkania z autorem, który miał stopień profesora, a dyrektor zdaje się szukał pomocy w doktoracie, więc tak wyszło, że był dyrektor i podwładni też przyszli. jeden raz. Na trzydzieści cztery lata.

Do tego dochodzi też jakość czytelnictwa, której nie da się wyrazić w procentach. A tak zwana promocja czytelnictwa skupia się u nas na magiczny zwiększaniu tych procentów, pomijając aspekt jakościowy. Poezja jest marginesem tego, co można przeczytać zatem nie dziwi, że na tym marginesie widać tak wyraźnie, ten problem jakości.

Zakładając, że poezja jest formą komunikacji a nie jedynie formą wymiany towarowo-pieniężnej, kluczowe stają się zupełnie inne kategorie rozmowy o niej. Jakość, prestiż, wspólnota i jakość tej wspólnoty, jej kompetencje komunikacyjne. 

Tylko, że wtedy okazać się może, że problem jaki mamy z rezonansem jakiego nie ma słowo poetyckie jest tylko odległym echem poważnych problemów jakie mamy sami ze sobą jako wspólnota. Być może wtedy by się okazało, że mamy do obudowania dużo więcej, w dużo większym mozole i trudzie liczonym nie na miesiące, lata ale na dekady niż początkowo podejrzewaliśmy.

5.

Patrzę od lat na te wszystkie próby, które nie wychodzą najczęściej poza stadium wstępnych rozmów z życzliwością, która zrazu podszyta była nadzieją, potem kalkulacją i jest wreszcie przerośnięta rezygnacją. 

Nie twierdzę, że mam na wyjście z marginesu jakiś oryginalny pomysł. Nie mam go w ogóle, nawet już nie próbuję. Przyjąłem to miejsce w którym jestem ze swoim pisaniem, niszę, za swoje i nawet próbuję je trochę polubić, podobnie jak pracę w hurtowni niskich prądów na wrocławskim Nadodrzu, próbuję widzieć w tym szansę, na przykład na wolność, swobodę jakiej sektor komercyjny często nie daje.

Może w zeszłym tygodniu naprawdę rozmawiałem z kimś kto nie wie, że coś jest niemożliwe, ma w głowie mnóstwo możliwości i jest takim Einsteinem na miarę ambicji i możliwości naszego ludu w polu literackim rozsianym rozrzutnie?

Kto wie. Może dożyję odpowiedzi na to pytanie.

Komentarze

Popularne posty