Podejrzanie łatwe apele poległych. Wujo Stefan (czwartek)
19 lutego 2026, czwartek
Wczoraj pożegnaliśmy Wuja Stefana. To ten co trzyma rybę, którą zdaje się świeżo co złowił. Trudno powiedzieć, że byliśmy bardzo blisko, raczej nie, ale w rodzinie nie z każdym jest się blisko. Ktoś miga, potem gdzieś przewija się w tle, a potem nagle go nie ma i pamięć próbuje sobie poradzić z tym brakiem. Pierwsze co to jego śmiech. On często mówił jakby się już trochę śmiał, bo póki wylew nie zabrał mu pół życia, a w końcu całego, to było w nim dużo życia i to takiego, które pamiętam jako rodzaj radości.
Tak, lubił chodzić na ryby, ciężko pracował, był budowlańcem, potem próbował prowadzić sklep zoologiczny, potem znowu był budowlańcem.
Próbując sobie ułożyć jakikolwiek epizod przypomniały mi się dwa zdarzenia, odległe o ładnych dziesięć lat, nie mniej, ale takie, które - nie wiedzieć czemu - moja pamięć zachowała w całości.
Wiem, nie nadaje się na epitafium. Okruchy. Ale może coś mimo wszystko mówią.
Pierwsze to czas kiedy miałem sześć, może siedem lat i rodzice wysłali mnie do na wakacje do rodziny z Wrocławia. Jako dzieciak wychowywałem się w Warszawie, więc inne miasto, inne mieszkanie, kuzynostwo - czyli inne stado o innych obyczajach - zawsze to jakaś odmiana. Te wakacje we Wrocławiu jakoś mocno zapamiętałem, rzeczywiście dużo się wydarzyło, mimo że nic się nie działo z pozoru.
I któreś popołudnie bawiliśmy się na placu zabaw koło ulicy Zielińskiego. Wujek siedział na ławce z kumplami i pił piwo, a ja byłem ciekawy co to jest w tej brązowej butelce i wujek z uśmiechem powiedział, że pewnie, masz Radek, spróbuj sobie, nie to że wujo ci będzie żałował, masz całą butelkę.
Wypiłem i nie smakowało, wujek się śmiał, że dobre, daj spokój, ale ja się krzywiłem i chyba to musiało wuja bawić, bo śmiał się tym swoim zaraźliwym śmiechem. Powiedziałem że mam lepszy pomysł i poleciałem na zjeżdżalnię, taką wyślizganą, żelazną i powiedziałem, że zrobię sobie super ślizg i wylałem całe piwo na tę ześlizg zjeżdżalni a potem zanim ktokolwiek się zorientował chciałem po tym wylanym piwie zjechać, zanim wyschnie w tym sierpniowym upale z wiadomym efektem.
Wujo śmiał się tak samo jak z mojego grymasu przy pierwszym łyku piwa.
Bo, teraz to sobie uświadomiłem - to było moje pierwsze piwo w życiu. Naprawdę.
A drugi epizod nastąpił ileś lat później, kiedy wujek wziął mnie na budowę, już nie pamiętam z jakiej okazji, chyba żebym sobie dorobił. Pamiętam były to Oborniki Śląskie i jakiś dom w bocznej uliczce. Miałem mu pomagać, ale do dzisiaj nie wiem czy bardziej mu nie przeszkadzałem.
Próbował mnie cierpliwie uczyć, nie usłyszałem złego słowa ani pół skargi, ale no cóż. Pierwszy raz obsługiwałem betoniarkę, woziłem zaprawę taczkami - to jeszcze jakoś szło. Ale potem przyszło do murowania komina i chodziło o to, że wujo miał wleźć na komin, a ja miałem mu nosić cegły. Ale noszenie cegieł po rusztowaniach wewnątrz budynku było bez sensu. Wujek postanowił nauczyć mnie rzutu cegłą na piętro.
Trzeba było wziąć cegłę i tak ją podrzucić do góry, żeby nie dość że leciała pionowo z rak rzucającego do rąk murarza, to jeszcze nie rotowała w powietrzu, ale utrzymała poziomą pozycję. Wtedy murarz łapał cegłę i pac na przygotowaną zaprawę i robota leciała.
Poćwiczyliśmy na dworze, wyglądało prosto. Ale kiedy przyszło do rzucenia cegły wewnątrz domu, między rusztowaniami cegła ani nie poleciała prosto, ani stabilnie, nie dość że okręciła się wokół osi, to jeszcze poleciała łukiem uderzając z całej siły w belkę więźby dachowej a potem rykoszetem spadła na dół mijając moją głowę o centymetry.
- Nie no dobra, daj spokój, szkoda ginąć w tak młodym wieku, jednak noś mi te cegły po kilka powiedział Wujek i poklepał po ramieniu jakby wykonał dobrą robotę, chociaż było dokładnie odwrotnie.


Komentarze
Prześlij komentarz