Z życia niższych literackich sfer. Dzień organizacji pozarządowych (sobota, piątek)
"Mówię popatrz, jak oni mdłym się ogniem tlą
Mówię słuchaj, nie daj przez palce ciągnąć dniom
Przez śnieg i przez deszcz
Jeśli sztandar chcesz nieść
Życie, mówię - musi brzmieć
Tak jak wielki, piękny wiersz"
(Budka Suflera, "pieśń niepokorna")
Tak, wiem, że to było wczoraj, coś mi mignęło, ale nie było szansy usiąść i napisać kilku słów, a kiedy już była to nie miałem siły. To się zdarza w ostatnich miesiącach, że po prostu nie mam siły.
I to też chyba wydaje mi się charakterystyczne, że dzień święta organizacji pozarządowych gdzieś tam mignął, nikt tego specjalnie nie świętuje. Co innego dzień strażaka, dzień policjanta, dzień urzędnika samorządowego - to bywa chociaż symbolicznie przez różne władze publiczne widziane i dostrzegane, szczególnie, że często to władza świętuje swoje własne święto. Komu by się to nie podobało?
My z endżiosów nie mamy czasu na świętowanie, bo ta działalność społeczna, praca wykonywana z potrzeby i na rzecz dzieje się poza codziennymi obowiązkami, których nikt z nas nie zdejmuje. Przytłaczająca większość z ponad 113 tysięcy organizacji pozarządowych w Polsce nikogo nie zatrudnia na stałe i opiera się na pełnym lub częściowym wolontariacie.
Prowadzi się sprawy organizacji, kiedy wrócisz z pracy, kiedy pójdzie sobie serwisant od pralki, kiedy zmyjesz gary, odkurzysz, kiedy wszyscy śpią, albo kiedy szef w pracy nie patrzy.
No, to kiedy tu świętować? Bo co świętować to - by się znalazło.
To był wstęp ogólny, a teraz ja powiem coś od siebie i za siebie.
Byłem i jestem w różnych organizacjach, ale jedna jest częścią mojej tożsamości i pewnie ja jestem częścią jej tożsamości.
Tak, ta, która zaczynała jako grupa licealistów pod przewodem a zamieniła się z czasem w KIT Stowarzyszenie Żywych Poetów.
Nie chcę tutaj robić kolejnego wyliczenia ileśmy to zrobili różnych rzeczy i kiedy i jakie były koleje losu, zapadnie, kryzysy, rozpady i te momenty, kiedy mówiliśmy jak #Bluesbrothers "we're putting band back together". Samych książek wychodzi ponad sto tytułów.
Na to przyjdzie pora kiedy w końcu zorganizujemy jakiś jubileusz Stowarzyszenia, na razie nie było na to czasu ani pomysłu, ani tez nikomu tak naprawdę nie chce się robić jubileuszy, skoro jest tyle nowych rzeczy do zrobienia. Może za rok, w 2027, będzie 35. rocznica, to może zrobimy Syfon jubileuszowy. Jak będzie za co.
Chciałem powiedzieć co mi daje, dało trzydzieści lat, najpierw w grupie nieformalnej, tak by dzisiaj trzeba było to nazwać, a potem, od 2001 roku w formalny, realnym stowarzyszeniu.
1. Sens.
Nie jedyny, wiadomo, że nie, sensów jest wiele, drobnych i jeden drugiego nie zastępuje. Ale właśnie to poczucie sensu, też jest niezastępowane przez żadną inną rolę życiową. Chociaż sens, to takie wielkie słowo, chyba bardziej chodzi o poczucie sensu.
2. Poczucie wolności i siły.
Bo jesteś kiedy się okrzepnie w działalności, zaliczysz kila kryzysów, dwa razy ktoś cię wyrzuci z lokalu z meblami, dokumentami, zasobami i jednak sobie dasz radę - nie ty, personalnie, ale ty i ludzie - to nagle widząc kogoś typu burmistrz, marszałek, sekretarz gminy czy wojewoda, dyrektor zamieszania możesz jemu/jej powiedzieć:
- Funkcje się zmieniają, ty jutro możesz już nie być burmistrzem, dyrektorem zamieszania, marszałkiem, wojewodą, a my tu jesteśmy 25 lat i przeżyliśmy już - łatwo policzyć ilu burmistrzów, wojewodów, marszałków, dyrektorów.
Mogą ci nic nie dać, ale nie mogą ci tez zabrać czegoś, czego ci nie dali.
Kilka razy w dziejach nie mieliśmy lokalu, rzeczy mieliśmy rozwiezione po mieszkaniach, garażach, klitkach i spotykaliśmy się w knajpach, na przykład chyba dwa albo trzy lata naszym biurem i miejscem spotkań była Herbaciarnia Niezależny Ośrodek Kultury Brzeg. Wtedy nikt nas nie wyrzucił znikąd, po prostu był remont w bibliotece.
Tym samym masz szansę poczuć, że podstawą nie jest statut, dofinansowanie, umowa, działający fanpage, ale ludzie, wola i chęć ludzi, żeby się spotkać. Co pozwala mi przejść do kolejnej rzeczy, którą dało mi działanie w endżiosie,
3. Ludzie
Nie tylko ci tworzący ścisły rdzeń KIT Stowarzyszenie Żywych Poetów, ale też masa ludzi wokół, którzy myślą i czują dobrze, którzy są gotowi wejść w konkretne działanie, mają zaufanie, wierzą Ci, szczególni ludzie. Bo wiedzą też, że endżiosy groszem nie śmierdzą, że każdy grosz najczęściej trzeba rozliczyć, sprawozdać trzy razy.
To tez jest szczególny rodzaj ludzki. Muzyk, który mógłby zażyczyć sobie w zasadzie w czasie swoich sukcesów dowolnej ceny za występ, który pyta - kto płaci, miasto czy wy, mówię, że my, to mówi, tu jest cena jaką mamy dla stowarzyszeń, dla miast, gmin, centrów kultury jest inna, dwa, trzy razy wyższa, bo, mówi, stowarzyszenia są do ludzi.
Dokładnie tak powiedział - są do ludzi.
Przypadek jeden z dziesiątków. Bez mojego pytania, proponowania wielu pisarzy, muzyków, plastyków, gwiazd internetu na pytanie czy przyjadą do Brzegu mówi, że tak i o nic nie pyta, a jak mówię z zakłopotaniem, że możemy zapłacić tyle a tyle, to często słyszę/czytam w odpowiedzi - przecież nie jadę do was zarobić, od tego mam innych.
I wierzcie mi wszyscy niewymienieni z imienia i nazwiska - a jest was sporo - chciałbym, żebyście kiedyś jeździli do nas również po to, żeby zarobić, nie chcę tutaj stać się piewcą zalet ubóstwa, ale doceniam i dziękuję, że jesteście tyle lat z nami. Pozdro dla kumatych.
I jeszcze jedno, chyba ważne to
4. Nauka czytania energii
Kiedy byłem nastolatkiem trafiłem na obóz żeglarski. No, nie przypadkiem, ciągnęło mnie w te stronę i dalej ciągnie tylko życie za krótkie, żeby wszystkim pasjom oddawać się z równym zaangażowaniem, jak wiadomo, życie to sztuka wyboru. To akurat był obóz Szkoły pod Żaglami, którą nadal zajmował się wówczas Kapitan Krzysztof Baranowski, który płynie trzeci raz samotnie wokół świata. I tam mieliśmy instruktora Kubę. Kuba Gawryluk się nazywał, jeżeli gdzieś tutaj jest pozdrawiam go serdecznie, nie miałem lepszego instruktora żeglarstwa i chyba także poniekąd życia.
I kiedyś Kuba wyprowadził nas DZ-tą na środek akwenu, gdzie nikogo nie było, kazał zawiązać oczy sternikowi i temu, kto był na komendzie (zmienialiśmy się cały czas w rolach, żeby rozumieć jak trzeba dowodzić) i powiedział - dzisiaj nauczycie się wąchać, czuć wiatr. Żadnych icków na wantach, żadnych krawacików, slinienia palców - macie kręcić głowami i wąchać wiatr i robić zwroty. Sztag, rufa, sztag rufa.
I w endżiosie podobnie,. tylko z czymś mniej uchwytnym - z ludzką energią. Bez niej możesz zdobyć wielkie granty, kupę hajsu i nic z tego nie wyjdzie, bo organizacja pod swoim ciężarem się zapadnie.
Najważniejsze czego się nauczyłem i co chyba ocaliło wiele razy KIT Stowarzyszenie Żywych Poetów to balans między mobilizacją a odpuszczaniem. Nie da się jechać latami na zmuszaniu ludzi do entuzjazmu, wjeżdżaniu na ambicje, trzeba zrozumieć - mnie to zajęła jako prezesowi ładnych kilkanaście lat, że ludzie muszą się też dobrze czuć ze sobą. A żeby się czuli, to czasem trzeba odpuścić i powiedzieć - trudno, tego już nie zrobimy. To odwołamy. W tym roku tego a tego nie będzie.
I niewiele to się różni od tego wąchania wiatru.
A teraz coda.
Bardzo nie chciałem, żeby status z okazji dnia organizacji pozarządowych zamienił się w kolejną fabrykę piany i gniewu, chociaż powodów by tak się stało jest więcej niż jeden. Mówiac wprost jest ich fchuj, szczególnie w Polsce, szczególnie w małym mieście, szczególnie gdy zajmujesz się czymś tak mało medialnym jak literatura, szczególnie gdy jest rok 2026.
Chciałem opowiedzieć o dobru, które się wydarza z boku, na marginesie, które nie jest tym twardym konkretem, które nie mieści się w tabelkach, formatkach, rubrykach, których coraz więcej władza na nas wrzuca - czerwona, czarna, brązowa, zielona, bez znaczenia.
Nie wiem czy mi się udało opowiedzieć, dotknąć
wszystkiego dobrego?



Komentarze
Prześlij komentarz