Królestwo (poniedziałek)
2 marca, poniedziałek
Napisaną 12 lat temu, 10 lat temu wydaną w polskim przekładzie książka Emmanuela Carrere'a polecił mi serdeczny kumpel. Powiedział - ciekaw jestem, co o niej mi powiesz, jak na nią zareagujesz, czy się z nią zżyjesz?
Ba. Sam byłem ciekawy.
Zatem może najpierw drobna uwaga. Reklamowane jako powieść "Królestwo" nie jest powieścią, może bardziej opowieścią, a najpewniej esejem, pouczającym błądzeniem, wysoce edukowanym wymyślaniem - miejscami - jak mogło być naprawdę u początków chrześcijaństwa. Powieści tutaj niewiele, raczej rozmyślania i próby rekonstrukcji, czasem ucieczki w autobiograficzne retrospekcje. Jednym słowem - gatunek hybrydyczny, ale kogo to obchodzi, jeżeli napisane z polotem, lekkością pióra. A tak właśnie jest. Tak jest to napisane.
Zapyta ktoś, a o czym to? I pytanie z pozoru proste, okaże się wyzwaniem, gdy trzeba będzie na nie rzetelnie odpowiedzieć. Bo nie jest to opis nawrócenia i ponownego odejścia od wiary w chrześcijaństwo, chociaż jest to jedna z osi fabularnych, która pomaga utrzymać w jakiejś łączności bardzo różne elementy. Nie jest to też atak na religię, bo chociaż "Królestwo" pisane jest z pozycji agnostycyzmu, to jednak życzliwego dla samego Jezusa, dla jego uczniów, w tym w szczególności ewangelisty Łukasza. Jest to "nie", ale nie wykrzyczane, raczej powiedziane spokojnym głosem do przyjaciela, który pyta, czy wybierzesz się z nim w daleką podróż. Mówisz wtedy "nie", ale zależy ci, żeby ów zrozumiał, że to nic personalnie przeciwko niemu. Po prostu nie, bo nie na wszystkie propozycje można powiedzieć "tak".
Czytam "Królestwo" jako próbę odgrzebania spod warstw tradycji, rytuałów, słów powtarzanych automatycznie, często bezrefleksyjnie, czegoś co jest mitem początku, tego, do którego chrześcijanie wszelkich denominacji często wzdychają, a nawet bywali gotowi w imię którego się między sobą zabijać i mordować. Pytanie po co - pozostaje chyba bez odpowiedzi. Wiadomo dlaczego. Bo dominanta wywiedziona z chrześcijaństwa jest nam wszystkich wspólna, nie mam dokąd przed nią uciec. To nasze bogactwo, przywilej i bywało w dziejach , że przekleństwo.
I jest to próba udana i nieudana zarazem. Bowiem udaje się odświeżyć przy pomocy literackiej wyobraźni postaci, uplastycznić je, osadzić w kontekstach, zarysować chociażby zgrubnie ich psychologiczne portrety pamięciowe. Tylko, że w świetle wiedzy i erudycji autora ten mit złotych czasów początków, beztroskiego, pierwotnego chrześcijaństwa rozpada się i kruszy. Nic takiego nie miało miejsca. Ba, w optyce Carrere'a należałoby zadać pytanie czy w ogóle można mówić o czymś takim jak chrześcijaństwo, skoro czym innym byli zainteresowani wyznawcy nowej religii rekrutowani przez Pawła, na co innego kładli nacisk ci skupieni wokół Piotra, a wcześniej Jakuba "brata pańskiego", a jeszcze inaczej sprawy stawiał (być może) Jan, autor ewangelii, który stapia się czasem w wyobrażeniach oraz interpretacjach z Janem Starszym, autorem Apokalipsy (albo na odwrót).
A do tego ta znana, ale frapująca gdy się jej przyjrzeć dokładniej kolejność powstawania kolejnych kanonicznych tekstów Nowego Testamentu, z których większość powstaje po przerwie od śmierci Jezusa liczonej na około 20 lat. I wszystkie powstają, z punktu widzenia naszego - bardzo szybko, w przeciągu kolejnych 20-30 lat. I nie tak jak mamy je umieszczone w naszych chrześcijańskich wydaniach Biblii. jakże inaczej by się czytał nam Nowy testament gdyby go ułożyć wedle chronologii powstawania. Poniekąd Carrere właśnie to robi. Jego pisanie jest też próbą czytania, w taki właśnie sposób Nowego testamentu.
Zatem najpierw listy Pawła, potem ewangelia Marka, potem Łukasza i Mateusza, potem Dzieje Apostolskie, Apokalipsa Jana i Ewangelia Jana. To, co w powszechnym mniemaniu jest epilogiem, do tego co źródłowe - powstało jako pierwsze. I pytanie czy w takim razie jest bardziej pierwotne?
Carrere'a nie forsuje żadnego wyraźnego punktu widzenia, może dlatego definiuje swoją książkę jako powieść, bo bardziej interesuje go snucie historii niż dogmatyka, tam szuka, tam docieka by nic ostatecznie - jak się zdaje - nie znaleźć po za latami błądzenia wśród domysłów, wizualizacji, tłumaczeń, ćwiczeń duchowych, co staje się być może dla niego - bo sam też czyni się bohaterem tej opowieści - właściwą nagrodą.
Próbuje uchwycić na przykład moment w którym powstają ewangelie Mateusza i Łukasza. To siódma dekada pierwszego wieku naszej ery, którego jeszcze nikt tak nie nazywa, bo przecież czas się w Rzymie liczy zupełnie inaczej,od założenia świątyni Jowisza. I jest to moment, w którym wydaje się że wszystko przepadło - Paweł nie żyje, Piotr nie żyje, Jakub nie żyje, trwa ostatnie wielkie powstanie w Judei, Wojna Żydowska, którą opisze niebawem Józef Flawiusz. A do tego zmartwychwstały podobno Jezus coś nie spieszy się z ponownym przyjściem. Łukasz wraca do miejsca skąd wyruszył wiele lat temu za Pawłem i zastaje świat, który zostawił, bez większych zmian. I tutaj zaczyna pisać. Dlaczego? Czym dysponował? Jak wyglądał dom, w którym mieszkał? Na co patrzył gdy budził się co rano? czy pracował nad ewangelią po swojej pracy, a wiemy że był lekarzem? czy po prostu już nie wykonywał tego zawodu, miał cały dzień na medytacje nad tym, co miało okazać się dziełem jego życia?
Tak, to są momenty epickie w tej książce, bardzo poruszające i zapraszające do rozpoczęcia własnej podróży.
Zarazem coś tutaj czasem zgrzyta, jakby autor nadmiernie chciał snując swoją opowieść w drugiej dekadzie XXI wieku po Chrystusie być na luzie, cool. Czy rzeczywiście pisząc w nawiązaniu do rozmów o różnych rodzajach wieczności i propozycji Kalipso wobec Odysa musi użyć słowa, które autorka przekładu zapisuje jako "bzykanie"? Czy pisząc o Łukaszu musiał napisać, że być może całe swoje życie był cyt. "prawiczkiem"? Takich momentów jest w tej książce sporo i nie jest to chyba niedomaganie tłumaczenia.
W jakimś miejscu Carrere wspomina, że dużo łatwiej mu się mówi o swojej seksualności niż o sprawach wiary, że to go mnie krępuje. I - moim zdaniem niepotrzebnie -daje temu wyraz na kartach "Królestwa". Chyba na tyle często, że nie tylko jestem w stanie w to uwierzyć, ale i zadaję sobie pytanie czy to nie jest aby po prostu jakieś efekciarstwo. Albo nie tyle swoboda, ile cicha obsesja, bo tych wtrąceń robi się dziwnie wiele.
Z drugiej strony niektóre interpretacje, osobliwie jezusowych przypowieści - wydają się nieco razić uproszczeniem. One faktycznie są trudne do przyjęcia dzisiaj, ale zostały napisane, czy też wymyślone dwadzieścia wieków temu by prostym ludziom, którzy nie posiadali w swoim języku słów i pojęć abstrakcyjnych takie właśnie pojęcia zaszczepić, przybliżyć. Wspominając wiele o tym jak rozumiano religię, prawość, moralność w dawnych czasach Carrere nie wspomina, że w języku tych, którzy byli najbardziej bezpośrednimi odbiorcami słów Jezusa nie było pojęć abstrakcyjnych! Nie wiedział o tym? Chciałoby się powiedzieć - nie myli się mistrz taki. Tylko czy faktycznie w takim razie Carrere jest mistrzem? A ta informacja o języku jakiego używali ówcześni ludzie moim zdaniem wiele zmienia. No bo jak oddać w języku bez abstrakcji pojęcie jedynego, niewidzialnego boga? Królestwa, które nie jest z tego świata? I można by było o tym napisać wiele stron, pokazując co - być może - chciał powiedzieć o syn cieśli z Nazaretu formułując przypowieść o denarach, na które umówił się właściciel winnicy z robotnikami, których najmował rano, w południe i po obiedzie - płacąc im tak samo. Tylko nie ma potrzeby, ten tekst miął byc na szybko, a już robi się podejrzanie długi.
Pierwsze dwieście stron bardzo mi się kojarzył Carrere z eseistką wspominanego tutaj kilka miesięcy temu Jerzego Sosnowskiego. Ale potem uznałem jednak, że nie. Podobny punkt obserwacyjny - z progu kościoła skąd dobry widok na obie strony świata, ale jednak prowadzenie języka, myśli inne. Powie ktoś, no tak, bo polski autor między innymi takich rzeczy jak "Co bóg zrobił szympansom" jest po jednej stronie progu - czyli jednak bardziej wewnątrz tej budowli, bardziej po stronie wiary, a Carrere bardziej na zewnątrz. Możliwe, że tak, ale myślę, że chodzi o coś innego, co z tej pozycji wynika. Być może o chęć podobania się światu, o efekciarstwo. U jednego autora to jest, a u drugiego nie ma. Zgadnijcie, który jest który. Sami. Bo, niezależnie od moich uwag prostego czytelnika - obaj warci są uważnej lektury.
(Emmanuel Carrere, "Królestwo", tłum. Krystyna Arustowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016)



Komentarze
Prześlij komentarz