Dzień pisarza? A kto to jest? (wtorek)
3 marca 2026, wtorek
Podobno dzisiaj jest międzynarodowy dzień pisarza. Nie miałem nawet pojęcia o tym, że taki dzień istnieje i nie wiem w zasadzie co on oznacza dla mnie i czy w ogóle jestem pisarzem? Czy aby czasem samo słowo "pisarz" (zamiennie z "pisarka") nie stanowi jakiegoś dziedzictwa zamierzchłej przeszłości w której pisaniu tekstów, książek przypisywano dużo większe znaczenie niż dzisiaj, niemal nadprzyrodzone, metafizyczne. Dzisiaj dajcie no tutaj przeciętnie uzdolnionego werbalnie, językowo człowieka, dajcie mu czas, pieniądze i temat i coś napisze. Tak się porobiło.
Co w ogóle przesądza, że można tak o sobie mówić - pisarz, literat?
Ostatnio kilka razy starłem się w obrębie komentariatu social -mediowego że to, co określa bycie pisarzem to nie sam fakt pisania jako takiego ani nawet jego jakości, ale fakt że robi się to zawodowo - w domyśle, jak jesteś dobry to się z tego utrzymasz, jak jesteś do dupy albo nie masz dosyć tej odwagi - to nie i to ciebie różni od zawodowych pisarzy. Talent, odwaga, egzystencjalna decyzja. Jesteś hobbystą, akwarystą a nie pisarzem.
Tymczasem można pisać dobre rzeczy i nie dostawać za to dość pieniędzy aby utrzymać siebie czy tym bardziej rodzinę, kota, psa, pytona królewskiego. I z tego względu wybierać inaczej w swoim życiu. Nie zdawać się na utrzymanie ze strony bliskich lub nie skazywać ich na ubóstwo większe niż to konieczne.
Bo w sumie do tego często sprowadza się argument zawodowstwa w życiu literackim - tego, że oni/my zawodowi pisarze naprawdęśmy pisarzami bo tylko z tego żyjemy, a wy/oni, cała reszta - nie. Z czego zawodowym pisarzom miałyby się należeć szczególne przywileje, chociażby wyjątkowego uznania społecznego. Bo one/oni nie mają etatu, nie pracują w hurtowni anten, księgarni, marketingu firmy elektronicznej, kancelarii, jako kierowca Scani na europejskich szlakach - a ty tak.
Wydaje mi się, że to nie do końca jest prawda. Praca jest pracą, nawet jeżeli nie jest godziwie, czy zgoła w ogóle opłacona. Jeżeli ktoś skosił ogród, zebrał skoszona trawę, wysiał nasiona - to nie ma wątpliwości, że wykonał pracę. Nawet jeżeli nie dostał za to zapłaty godnej czy zgoła żadnej. Co więcej mógł ten ogród skosić lepiej, nasiona wysiać i plon zebrać lepszy i bardziej obfity niż ten, co te ogrody kosi i nasiona wysiewa i nic innego nie robi w swoim życiu. Może nawet talent do koszenia i wysiewania nasion mieć większy niż ten co tylko kosi i wysiewa.
Ba, wolnym jest ten co kosi i wysiewa bo chce, ma taki kaprys a ten co z tego tylko żyje to musi i po trosze musi to robić tak jak zleceniodawca mu każe, a ten co nie kosi i nie wysiewa zawodowo może zawsze powiedzieć - nie podoba się to nie, nie muszę.
Oczywiście analogie maja krótkie nóżki, ledwo się rozpędzą a już się o nie przewracają, bo gdyby tak pociągnąć dalej te analogię to literatura, pisarstwo jest koszeniem i wysiewaniem w przestrzeni publicznej. To trochę tak jakby była pewna kategoria parków i poletek, które są potencjalnie dostępne i tam poeci, poetki, pisarze, pisarki, opłaceniu lub nie tymi kosiarkami, siewnikami, areatorami...
No dobra zostawmy to.
Rzecz nie w dawaniu odpowiedzi, ale stawianiu pytań i mnożeniu wątpliwości. Nie jestem pewien czy jestem pisarzem zawodowym, na pewno piszę bo lubię, w tym lubię się dzielić. Ogromna cześć mojego pisania jest dostępna od lat w zasadzie za darmo, tutaj i na prywatnym profilu Radek Wiśniewski i poprzez inne projekty jak Żwawy Borsuk, KIT Stowarzyszenie Żywych Poetów, WarTalk.pl and so on. Czasem ktoś mi płaci za konkretny tekst publikowany na konkretnych łamach jak moja macierz Miesięcznik Odra, a czasem nie i puszczam teksty pro bono jak w Magazyn Suburbia d. Helikopter.
Być może też zmienia się model zawodowstwa, czego ci pisarze i pisarki którzy żyją z wielkich nakładów, wielkich nagród, rezydencji i stypendiów nie chcą zauważyć, zawczasu nazywając całą resztę amatorami, hobbystami, określając korzystających z metod takich jak patronite czy buycofee żebrakami. Tak, spotkałem się z takim określeniem.
Widzę to inaczej. Buycofee czy patronite ominięcie szklanej bariery wielkich wydawców, mediów, nominacji i odwołanie się bezpośrednio do odbiorców, w przypadku patronite - także dbanie o odbiorcę bardzo bezpośrednio, nawet jeżeli on, ona, oni tego się nie domagają.
To logiczne rozwinięcie koncepcji, którą pioniersko zastosował zespół Radiohead wydając w 2007 roku płytę "in Rainbow" i wpuszczając ją do netu na zasadzie "płać ile chcesz" - można było też zapłacić 0 dolarów. A średnia cena płyty wyszła podobno 6 dolarów i rozeszły się 3 miliony legalnych kopii.
Te nasze wszystkie suppi, patronejty i bajkofi to dokładnie ta sama zasada. Daję ci, a ty wyceń na ile chcesz, w tym na 0 złotych. I większość na tyle wycenia, ale jest też grupa, która wycenia na więcej i to jest okej, Ja daję, inni dają, jest wymiana. To jest wymiana, inna niż do tej pory znane, nie ekskluzywną poprzez wręczenia na galach, półki empików, ale jest. To że jest tak bardzo inna od tego co znamy nie oznacza, że jest żebraniną.
Co jednak istotne - pisanie i jego odwrotna strona czyli czytanie jest tak istotną składową mojej tożsamości, że nie wyobrażam sobie oderwania od niego. Kiedyś znajomy mi zadał taki test na pisarza:
- Wyobraź sobie, że dostajesz diagnozę, że masz pół roku życia. Co pierwsze przychodzi ci do głowy? Pomyśl chwilę, nic nie mów. Czy wśród pierwszych pięciu myśli było - kurwa, nie zdążę napisać książki?
Tak, mam w głowie tyle pomysłów i tak mało czasu, że bez diagnozy często chodzę zły, że nie mam dość czasu by czytać i pisać, że przecież tyle mam do zrobienia i kiedy to wszystko? Dowód nie wprost, ale znaczący.
A ostatnio syn mnie zapytał:
- Gdybyś musiał wybrać - nie móc do końca życia chodzić po górach albo nie móc do końca życia czytać i pisać to co byś wybrał?
To był trudny wybór, ale powiedziałem, że krwawiącym sercem wybrałbym nie móc chodzić po górach. Pisanie zostaje.
Nawet jeżeli nie-zawodowe w tym rozumieniu, że nikt nie płaci mi zaliczki za książkę dzięki której mógłby cokolwiek, już nie żyć, ale chociaż wyremontować mojego starego osiołka, co ma 21 lat i 310.000 przebiegu.
Pisanie zostaje, chociaż pisze ten post na kilkanaście zdań od rana, między klientami, co zapewne budzi politowanie kolegów i koleżanek zawodowych pisarzy którzy dzisiaj może nie żyją już tekstem Piotra Sadzika ale ogłoszoną listą zgłoszeń do Nagroda Literacka GDYNIA.
Zatem chociaż nie bardzo jest co świętować - pisanie zostaje.
Czasem w szale, który sam jest święty.



Komentarze
Prześlij komentarz