Ostrzeżenie przed sztormem. Irmina Kosmala, "Spoina" (sobota)
7 marca 2026, sobota
W podziękowaniach na ostatniej stronie swojej powieści „Spoina”, wydanej w roku 2026 przez Zeszyty Poetyckie z Gniezna autorka, Irmina Kosmala pisze, między innymi, że pragnie podziękować prof. Romanowi Kubickiemu za cyt. „porównanie mojej prozy do dzieł Zofii Nałkowskiej, które było dla mnie nieocenionym wyróżnieniem i inspiracją.” Po tak skromnym cytacie na zakończenie nie wiem zupełnie jak wrócić do początku, czyli zacząć tę recenzję w taki sposób, aby sprostać porównaniom profesorskiej głowy. Nie jest łatwo i trochę się boję, bowiem dowiaduję się, że autorka skończyła dwa kierunki – polonistykę i filozofię oraz, że projekt książki zrealizowano w ramach stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego. W kilku słowach zachęty na okładce od redaktora i wydawcy, Dawida Junga (prywatnie mojego znajomego, żeby nie było), dowiaduję się, że "Spoina" to powieść brawurowa, w której obłęd przestaje być anomalią i tak dalej - czyli niemal "Lot nad kukułczym gniazdem". Dużo tych słów, i muszę od razu jako skromny psycholog się podłożyć i powiedzieć krótko, coś co zaraz rozwinę - nie, nie udało się.
Zacznijmy może od tego dlaczego nie Nałkowska i jej "Medaliony", bo rozumiem, że do tego emblematycznego dzieła polskiej pisarki porównywał profesor Kubicki pracę swojej magistrantki. Odpowiedź jest prosta - Nałkowska nie zmyślała, "Medaliony" wydane w roku 1946 były poparte jej pracą w Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce i jako takie - tak pod względem językowym jak i fabularnym przylegają bardzo mocno do wydarzeń i osób autentycznych zaś styl jest tutaj powściągnięty, fikcja ograniczona do niezbędnego minimum. Czuje się ciężar doświadczenia piszącej, który przewyższa wielokrotnie tych kilka okruchów, które postanowiła zachować i zostawić w formie bardziej przypominającej reportaż niż prozę.
Problem z książką Irminy Kosmali, jeden z wielu jaki się pojawia to ten, że postanowiła zbudować przekonującą fikcję, w ramach której zmieści przekonujących bohaterów, którzy przechodzą metamorfozy, świat, który będzie się przepoczwarzał - być może halucynogennie, być może onirycznie i jeszcze umieści tam coś z filozofii, coś z historii i splecie to fabułą. A to wszystko na 203 stronach - po składzie DTP, czyli na moje oko nie więcej niż 100, może 150 stronach znormalizowanego maszynopisu. No i niestety - tak się nie da, a jeżeli się da, to tylko nielicznym, którzy posiedli naprawdę jakiś unikalny talent. To za mało miejsca, za mało czasu żeby zbudować bohaterów, zawiązać akcję, stworzyć światy i przekonująco je połączyć. A skoro tak się nie da, może trzeba było zdecydować się na mniej wątków? W kompozycji tej książki nic się ze sobą nie łączy, wszystko jest wrzucone, poustawiane jak kartonowe figurki na planszy jakiejś starej gry, sprzed ery plastikowych pionków.
Ktoś powie - nie rozumiesz, to powieść filozoficzna i stawia ważne pytania. Odpowiem - od użycia nazwisk kilku filozofów i włożenia w usta kartonowych postaci akapitów wypracowania studenta pierwszego roku powieść nie staje się filozoficzna tylko nieznośnie retoryczna. Powieść wymaga czasu, skupienia i zdolności obserwacji, którą potem można przekuć na przykład w charakterystykę miejsca i postaci. Ale na to potrzeba czasu i wizji. Tymczasem mamy tutaj bohaterów, którzy są sportretowani nie poprzez ich cechy ale pseudonimy jakie nadaje im narratorka. Mamy zatem Nietschego, Schopenhauera, zwanego też Chopinem, jest Maria Curie, jest Diogenes, Hiob, Paraklet. Czegoś o nich się dowiadujemy, ale nie za wiele. Wszyscy znajdują się w Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych, zwanym "Dzienkanką", w Gnieźnie i tamże toczą swoje dysputy. Być może miałem niewiele styczności z osobami dotkniętymi cierpieniem na tle psychicznym, ale niestety ich rozmowy nie brzmią w moim uchu wiarygodnie, a powinny brzmieć. Żeby nie być gołosłownym, oto w jednej z dyskusji, bohater nazwany Diogenesem mówi do jednego z adwersarzy „[…]Przykryj nasz smród kadzidłem. Nasze egzystencjalne kłamstwo sensu istnienia”(s.88). Egzystencjalne kłamstwo sensu istnienia. Naprawdę. I ci pacjenci mówią tak cały czas.
Innych chorych nie ma, chyba że jako bezimienne tło, masa, ci którzy nie potrafią tak pięknie, filozoficznie formułować tez dotyczących swojego cierpienia - w zasadzie w powieści nie istnieją, nie ma dla nich miejsca ani czasu. Przy czym nie dowiemy się też za wiele na jakie choroby cierpią główni bohaterowie. Owszem dowiemy się co ich spotkało w życiu – jednego rzuciła kobieta, drugiemu dom się spalił z rodziną w środku i tak dalej. Ale w tej powieści, która próbuje ponoć podjąć problem zła w świecie nie ma choroby, upośledzenia, cierpienia, które przyszło bo przyszło jak nowotwór, gruźlica, ospa - bez wyraźnej przyczyny. Zło jest tutaj zawsze złem, które ma logiczną przyczynę. Nie ma ani słowa o tym, że choroba - także psychiczna - może zwyczajnie się przytrafić, a cierpienie przez nią powodowane nie staje się od tego mniejsze. Przypadkowość jako jedna z sytuacji granicznych, o których pisał Karl Jaspers tutaj nie istnieje. Może po prostu na studiach, które kończyła autorka nie było Jaspersa w programie, ale o przypadkowości jako jednej z form zła toczącego ten świat nie mówił tylko Jaspers. Mówi się za to na stronach "Spoiny, w kontekście psychiatrii, a przypomnę, że mamy rok 2026 – o chorobach duszy. Tym samym pensjonariusze "Dziekanki" w tym świetle jawią się jako romantycy niedopasowani do nieludzkiego świata, a nie ludzie cierpiący na konkretne zburzenia psychiczne. Ja wiem, że to bardzo popularne - romantyzacja chorób psychicznych, to się dobrze sprzedaje określonym odbiorcom i odbiorczyniom, ale jest śmiertelnie groźne społeczne. To są choroby, takie same jak choroby somatyczne i trzeba je leczyć z poszanowaniem praw jednostki, poszanowaniem godności osoby ludzkiej, ale leczyć, a nie sztucznie uwznioślać.
Pomijam już fakt, że ta figura - chorego psychicznie jako osoby niedostosowanej do chorego świata jest zgrana w kulturze i trzeba mieć naprawdę oryginalny pomysł na jej wykorzystanie na nowo, żeby się za to zabierać. Co więcej, takie postawienie sprawy trochę jednak umniejsza cierpienie ludzi chorych i wystawia poza nawias heroizm każdego, kto do tego wziętego nie wiadomo skąd stereotypu osoby chorej psychicznie nie przystaje.
Nie bardzo znajduję też uzasadnienie dla zajęcia uwagi czytelnika przez kilkanaście stron lekturą zmyślonych listów Olgi Boznańskiej do przedwojennego ordynatora "Dziekanki" - Kazimierza Filipa Wizego. Owszem wydawca, redaktor wytłuszcza i podkreśla fragmenty listów, które są cytatami z pism Olgi Boznańskiej, żeby pokazać, że nie wszystkie zdania są tam zmyślone. Ale to są pojedyncze zdania wobec kilkunastu stron, które napisane są w stylu zanadto przypominającym pozostałe głosy w książce. Ba, trafia się też wiersz, nie wiem czy zmyślony czy nie, ale wiele wskazuje na to, że i to napisała Irmina Kosmala, niestety.
Z szybkiego przeszukania internetu łatwo się dowiedzieć, że powiązanie tych dwóch postaci z gnieźnieńską "Dziekanką" jest i to nie byle jakie, pewnie byłoby do obrony, gdyby temu wątkowi dać nieco więcej miejsca, nie dokonywać efekciarskiego skrótu poprzez wymyślone listy, która akurat niewiele wnoszą, po za kolejnym ładunkiem romantycznej ckliwości i zadać sobie trud przebadania biografii Boznańskiej oraz Wizego. Być może gdyby to ich, a nie wymyślone, kartonikowe piosnki o imionach wielkich filozofów uczynić bohaterami tej opowieści, wyszło by coś ciekawego co miałoby jakieś walory poznawcze, skoro trudno o literackie. Wtedy też pojawienie się wątku akcji T4, czyli eugenicznego mordu przeprowadzanego przez Niemców w latach drugiej wojny światowej an osobach uznanych za "Życie nie warte życia" nie byłoby kolejnym wtrąceniem deus ex machina, które donikąd nie prowadzi fabuły. Ogólnie bardzo silne jest poczucie, że najpierw był zbiór rekwizytów, miejsc i postaci, a potem pomysł, żeby rekwizyty włożyć do czegoś, na przykład do prozy, prozą te rekwizyty pozlepiać i tym sposobem szybko rozliczyć projekt stypendialny. I o ile to wystarczające dla urzędnika rozliczającego stypendia, może nawet dla promotora pracy magisterskiej, który próbował być uprzejmy - to dla mnie jako czytelnika efekt końcowy leży bardzo daleko od literatury.
Tutaj warto zrobić przytyk, że tak to już jest, że dobre noty akademickie, a zakładam, że autorka takie mogła mieć, nie wskazują na talent pisarski, ale na to, że człowiek dobrze się odnalazł w wymogach akademickich, na przykład filozoficznych czy literaturoznawczych. Ale wiedza o literaturze to nie talent pisarski, a polonistyka, wbrew słynnemu zdaniu wypowiadanemu przez Adasia Miauczyńskiego w "Dniu Świra" to nie jest żadna szkoła poetów. Kto w to uwierzył, ten sam staje się podobny Adasiowi Miauczyńskiemu i wbrew swojej woli staje się bohaterem groteski.
Tymczasem losy Kazimeirza Wizego - usuniętego ze stanowiska dyrektora "Dziekanki" w 1940 roku i przywróconego po wojnie - byłyby dobrym motorem do opowiedzenia wielu rzeczy i historii. Zamiast zmyślonych listów Boznańskiej do Wizego można by było przytoczyć cytaty z pism dyrektora "Dziekanki" - a było ich niemało, żeby, być może, pokazać tez ewolucję w podejściu do leczenia chorób psychicznych. Ja tych pism nie czytałem, więc nie wiem co w nich jest, ale co gorsza, nie mam poczucia, że autorka je czytała. Być może tak było, ale nie znajduję tutaj śladu na ten temat.
Trudno się zatem dziwić, że Wize w wyobraźni czytelnika figuruje bardziej jako obiekt westchnień Boznańkiej, której listy wydłubuje jeden z bohaterów w framugi okna w szpitalu. Trudno się też dziwić, że akcja T4 pojawia się nie jako dający się uzasadnić w logice opowieści zwrot akcji, retrospekcja jednego z bohaterów, ale jako halucynacja hipnotyczna.
I znowu nie będący filozofami pacjenci szpitala psychiatrycznego stają się w tej prozie tłem. Tym razem - mordowanym, ale tłem, tłumem figur woskowych. Nie rozumiem dlaczego w książce, która wedle zapowiedzi ma oddawać sprawiedliwość ofiarom i stawiać ważne pytania nie mamy w tej części ani jednego prawdziwego imienia i nazwiska zamordowanych pacjentów szpitala? Nawet po śmierci nie byli tego warci, tak jak za życia zostali skazani na śmierć jako "życie niewarte życia"? Pytanie tym bardziej żagwiące, że można za to w powieści znaleźć imiona i nazwiska zbrodniarzy związanych z realizacją akcji eugenicznego mordu w Gnieźnie i innych zakładach w Kraju Warty. Chciałbym wierzyć, że nie ma tutaj złej woli ani kalkulacji, która nie od dzisiaj podpowiada, że zbrodnia i zbrodniarz jest dla przeciętnego odbiorcy dużo bardziej interesujący, wiążący uwagę niż ofiara. I dlatego znamy tyle szczegółów biografii zbrodniarzy, są one analizowane, przepisywane, podczas gdy ich ofiary są nader często bohaterem zbiorowym, bez historii, bez realnych cech ludzkich. I tym tropem idzie - nie wiem czy świadomie - Irmina Kosmala. Czy w ramach kwerendy, która powinna poprzedzać pracę nad tego typu książką - trudną, dotyczącą bolesnych, stabuizowanych tematów - nie dało się odnaleźć imion i nazwisk, tych, którzy wtedy zginęli i chociaż symbolicznie wezwać ich do apelu? Wszystkich się nie da, to jasne, ale chociaż kilku. Ale nie, te osoby nie istnieją także w tej opowieści, są tylko te ofiary, które zostały wymyślone przez autorkę – Diogenes, Hiob i inni.
A do tego język, który moim skromnym zdaniem nie dźwiga ciężaru narracji. Jest to język deklaratywny, sentencjonalny, może nadaje się do pracy doktorskiej z filozofii, nie wiem nie znam się, ale nie nadaje się do powieści. Atmosfery w literaturze, ale nie tylko w niej, nie buduje nazwanie wprost uczuć, wygłaszanie światopoglądu, ale ich cierpliwe, pracowite sugerowanie, ewokowanie, a najsilniejsze wyznania to są te, które nigdy nie zostają wypowiedziane wprost. Kto nie wierzy, niech sobie obejrzy jeszcze raz "Dunkierkę" Christophera Nolana, tam jest wiele niedopowiedzeń o strachu, odwadze, decyzji, ale nikt tego nie nazywa wprost, bo nie ma takiej potrzeby - jest obraz, muzyka i trzy splatające się nienachalnie historie.
To jeżeli chodzi o deklaratywność języka. Natomiast tam gdzie próbuje być poetycko, robi się jeszcze gorzej, miejscami zwyczajnie niezręcznie, jak w scenie erotycznej, w której jeden z bohaterów wspomina mgnienie szczęścia z narzeczoną. I na przykład ustępuje suwak sukienki „odsłaniając świątynię Twojej skóry”, potem ściąga się koronkowe pończochy z "atłasowych nóg” by linijkę niżej dotykać uda ukochanej czując ich „jedwabistą gładkość”. Może miało być intymnie i namiętnie, ale wyszło niezręcznie, być może za sprawą odruchowych skojarzeń. Tak to jest, że zazwyczaj przy trudnej scenie, zdaniu, pierwsze skojarzenie jest ważne, bo uruchamia proces pracy umysłu, ale też jest najsilniejsze, zatem najczęściej też dotyczy zwrotu, słowa najbardziej zużytego i powinno być odrzucone, pisarz w poszukiwaniach powinien mieć odwagę iść dalej niż odruch i pierwsze skojarzenie. Mam nieodparte wrażenie, że tak właśnie zbudowana spora część źle napisanych scen w tej prozie – na pierwszym skojarzeniu z obrazem. To trochę tak, jakby mając do wyboru ogromne bogactwo barw i odcieni – tutaj nawiązuję do nie wiadomo za bardzo po co wprowadzonego wątku malarskiego w powieści – wybrać proste pociągnięcia plakatówkami względnie flamastrami. Pewnie w ten sposób też można osiągnąć ciekawe efekty, ale tym razem się nie udało.
Może trzeba było zrobić z tego pracę naukową, może reportaż, albo cykl artykułów do prasy lokalnej najpierw, a potem, po latach napisać książkę? Nie wiem, niemniej wyszło tak, że postaci mamy uproszczone i stereotypowe, fabuła kuleje, język nie dźwiga a temat sam nie niesie. Ba, ja nawet nie wiem jaki jest temat, nie wiem tak do końca o czym jest ta książka, co spaja tytułowa "spoina"? Kilka filozoficznie brzmiących sentencji?
Kiedy skończyłem książkę Irminy Kosmali żona, widząc moją minę zapytała mnie czy coś dobrego jestem w stanie powiedzieć o tej książce. Najpierw powiedziałem, że nie, ale po chwili zastanowienia powiedziałem, że tak. To, co jest dobre, to fakt, że ze złych książek podejrzanie łatwo pisze się potoczyste recenzje. Tyle dobrego.
(Irmina Kosmala,"Spoina", Zeszyty poetyckie, Gniezno 2026)
.jpg)


Komentarze
Prześlij komentarz