Repost sprzed dwóch lat, ale jakoś na temat (poniedziałek)
29 czerwca 2026, poniedziałek
Coraz więcej po tej pięćdziesiątce rozstań, rozejść, rozplatań wątków, które wydawały się obiecujące. Nawet dokładnie nie wiem kiedy to się zaczęło, jak i kiedy. To znaczy tak sobie pomyślałem, że nie wiem. A potem przypomniało mi się takie starcie sprzed niecałych dwóch lat. No i tak, z autorką nic mnie wcześniej nie łączyło, wkurzyłem się zatem zupełnie prospołecznie i spontanicznie, ale schemat tego starcia miał się powtórzyć nie jeden raz już na ubitej ziemi i wcale nie z nieznajomymi. A szło to tak:
Wielka Woda przelewa się za oknem, mówią, przynajmniej nam Odrę oczyści trochę po tych zrzutach syfu za pisu i za po z pslem i lewicą. Bo jak wiadomo czasy się zmieniają, a zrzuty syfu do rzeki muszą być.
Skoro zatem tak, to i ja spróbuję się oczyścić swoje serce ze sprawy która ze mną jest i męczy mnie od jakiegoś czasu, a jak ją opowiem, to może przestanie. Ba, może się okaże nawet, że nie jest i nie była warta tego by mnie męczyć a jeszcze mniej by ją wywlekać na światło dzienne, ale jednak - powiem to.
W styczniu zginął Maksym Krywcow, ukraiński poeta i żołnierz. To wstrząsnęło wieloma ludźmi w Ukrainie, chociaż Maksym był w zasadzie debiutantem. A może właśnie o to chodziło, że dopiero zaczynał znaczyć?
Co dziwne, wywołało to także poruszenie w Polsce. Mnóstwo paralel, jak już bywało wiele razy w czasie tej wojny, Słowacki, Baczyński, Kamienie Na Szaniec, strzelanie do wroga brylantami - wszystko odżyło na chwilę. Mnóstwo osób pisało znowu wiersze ku czci i pamięci, trudno się dziwić, nie krytykuję tego odruchu. Ba, sam mu ulegam, zatem nawet mi nie wypada.
Z owocami takich odruchowych przypływów inwencji i natchnienia bywa bardzo różnie, bardzo często bywa tak, że chce się potem taki wiersz jednak schować do szuflady - było, minęło. To zrozumiałe.
Emocje, kiedy biorą górę nad rozumem, wbrew wszelkim parapoetyckim stereotypom - nie służą dobrze literaturze. W literaturze najlepiej - jak w wielu innych dziedzinach, acz nie wszystkich, sprawia się droga szlachetnego środka. Wzmożenie po śmierci poety, analogie, kalki - to nie sprzyja i warto o tym wiedzieć, mieć dystans i gotowość na zrobienie kroku wstecz.
Jeden z takich wierszy napisała Pani Magdalena Szpunar, której nie mogę w tym poście oznaczyć, bo mnie zablokowała, a wiersza nie mogłem skomentować, bo nie miałem jako nie-obserwujący takiej możliwości.
A wiersz chciałem skomentować nie dlatego, żeby uważał, że był zły, chociaż tak właśnie uważałem, ale dlatego, że przekraczał granice tego, co moim zdaniem, w wierszu wolno zrobić z pamięcią jeszcze niedawno żywego człowieka.
Magdalena Szpunar napisała bowiem tak, cytuję:
"Zginął na wojnie Maksym poeta
walczył najdzielniej słowem
a teraz w kruche dłonie wsadzili broń
przecież poeta nie wie co to broń
W okopach elegie śmierci pisze Maksym poeta
na poskręcane dredy wsadzili bojowy hełm
i każą prostować strach
przecież poeta nie wie co to śmierć
Zginął na wojnie Maksym poeta
nie obronił innych i siebie
nikt nie uczył jak się zadaje śmierć
nikt nie mówił jak się pisze śmierć"
I teraz tak. To, że wiersz jest dla mnie zły, to nie jest istotne aż tak bardzo, chociaż spina się chyba z tym co chcę powiedzieć. Bo zapytacie - dlaczego on jest zły. A ja odpowiem - bo poza wieloma licznymi wadami - operuje kalkami i stereotypizuje.
Maksym Krywcow z tego wiersza jest chłopcem, któremu ktoś wsadził do ręki karabin, który nie umiał walczyć karabinem, więc walczył słowem, nie obronił innych i siebie, bo przecież poeta to pierdoła saska, co nie potrafi młotka utrzymać w ręce a co dopiero karabin w okopie (to w domyśle, tego wprost nikt nie napisał, ale wierze grają domysłem i suspensem, nie?).
Aż taki mądry jak Pani Profesor Socjologii Magdalena Szpunar to ja nie jestem, w głowie Maksyma nie siedziałem, więc nie wiem czy czuł strach czy go nie czuł, sądzę, że jeżeli nie był psychopatą, to czuł, to naturalne.
Myślę jednak, że Pani Profesor Magdalena Szpunar, śledzona na Fb przez 12 tysięcy followersów, trzykrotna laureatka konkursu "Nauka przeciwko fałszerstwom" i autorka 180 publikacji naukowych mogłaby zadać sobie minimum trudu, żeby wstukać w google imię i nazwisko Maksyma Krywcowa żeby dowiedzieć się o nim czegoś prawdziwego i dopiero na tej podstawie napisać wiersz.
A tak się składa, że Maksym Krywcow zgłosił się na ochotnika do ukraińskiej armii po Majdanie, w 2014 roku. Nikt mu karabinu w wątle ręce nie wkładał, nikt mu nic nie kazał, chciał, tak zdecydował, nie był ofiarą, na jaką pozuje go zły wiersz Pani Szpunar, ale odwrotnie - był wojownikiem, był panem swojego losu.
Po turze w Donbasie pracował w centrum rehabilitacji w Donbasie oraz w organizacji Veteran Hub, która pomagała wychodzić na prostą chłopakom i dziewczynom z wojny. A kiedy rosja dokonała inwazji w lutym 2022 roku wrócił na front. Znajomi mnie prosili, żeby nie pisać do której jednostki, ale powiem krótko - to była jednostka specjalna, raczej z tych elitarnych, tam walczył i tam zginął a żeby sprawę zamknąć - miasto na obwodzie którego walczył - nie wpadło do tej pory w łapy rosjan.
Także chyba jednak obronił siebie i innych.
I raczej wiedział jak się broni używa.
Zresztą niewiele wysiłku by kosztowało Panią Profesor Socjologii, autorkę m.in, pracy "Kultura cyfrowego narcyzmu" (2016) - by dotrzeć do wypowiedzi kolegów Krywcowa, a oni nie mówią o nim jak o zapłakanej łajzie, która nie wie co z karabinem robić, ale jako o koledzy na którego można było liczyć w trudnych sytuacjach frontowych. To taki eufemizm na wydarzenia, które nam siedzącym za klawiaturami trudno sobie wyobrazić, a w których zimna krew i szybkie, oraz skuteczne użycie broni jest podstawą, nie ma czasu na mazgajstwa.
Wtedy może by powstał wiersz oddający jakąś sprawiedliwość Makysmowi żywemu, jakim był być może (bo nikt mu w głowie nie siedział).
Jako się rzekło nie miałem jak skomentować wiersza, zatem napisałem do Pani Magdaleny Szpunar prywatnie mniej więcej to, co tutaj, tylko o wiele grzeczniej i łagodniej. Przynajmniej na początku. Napisałem i zostawiłem. I pewnie gdyby mnie Pani Magdalena Szpunar zmilczała, to i ja bym zamilczał, bo bym zapomniał.
No ale dostałem odpowiedź, która zawierała między innymi takie litery:
"Drogi Panie, wiersze to nie faktografia ani tym bardziej encyklopedia. Wiersze to licentia poetica i wyobrażenie poety. Faktów proszę szukać gdzie indziej. Pozdrawiam"
Poniżej jak na profesorkę przystało, pouczająco wrzucono mi link do wikipedii, co znaczy licentia poetica, bo mógłbym sam nie wpaść na ten pomysł, przecież.
Napisałem, że oprócz granic licentia poetica są jeszcze granice przyzwoitości, na co dostałem dictum acerbum:
"Jak się nie rozumie ni w ząb poezji, lepiej chyba milczeć."
No, a potem dwa zdania i ban. Ja postanowiłem nie milczeć.
Nie tylko dlatego, że jednak złej poezji trzeba stawiać odpór.
Szczególnie złej poezji na ważne i znaczące tematy. Także dlatego, że warto jednak stawiać pytania o granice licentia poetica.
Bo na przykład, jak pewnie większość z Was wie, niejaki Julian Ordon wcale nie wysadził reduty numer 56, nazwanej za wierszem Adama Mickiewicza "Redutą Ordona" i w ogóle - prawdopodobnie - nikt takiego rozkazu nie wydał, ale eksplozja była wynikiem rozgardiaszu i nieszczęśliwego przypadku tuż przed zajęciem tego tego dzieła obronnego przez rosjan rankiem 6 września 1831 roku. Co więcej Ordon nie był dowódcą tej reduty, a jedynie dowodził artylerią w reducie i nawet miał pogrzeb długo po upadku Warszawy, bo żył i tłumaczył się z tego, że nie zginął aż do 1887 roku.
Ba, nawet wiersz Mickiewicza nie do końca jest chyba jego, a jedynie jest palimpsestem na innym tekście. Co nie zmienia faktu, że wiersz "Reduta Ordona" - jest, mieszka w nas, we mnie, mebluje nam wyobraźnię.
No tak, tylko że "Reduta Ordona" operuje jednym jedynym, acz brzemiennym niedopowiedzeniem w sprawie Ordona, zrozumiałym o tyle, że adiutant generała Umińskiego miał prawo nie wiedzieć kto i dlaczego wysadził redutę, patrząc z dużej odległości na walkę. Wiersz Mickiewicza w innych miejscach nie rozmija się rażąco z faktami. Można z niego wyczytać niemal dokładnie przebieg szturmu rosyjskiego na Warszawę, jest rosyjska przewaga, jest sytuacja zaskoczenia gros sił polskich ("nam strzelać nie kazano..."), dramat piechurów, którym rzeczywiście wydano do walki jedynie po 30 ładunków.
No i już tak poza wszystkim jest wierszem znakomicie napisanym i broni się mimo 200 lat i zmian w języku.
Może nawet nie powinienem go tutaj zestawiać z historią, która mi się przytrafiła.
Ale owszem, może pogadajmy o licencjach poetyckich, czemu nie. Gdzie są ich granice powiedzcie. Bo moim zdaniem Pani profesor Magdalena Szpunar jednak tę granicę przekroczyła, a na zwrócenie uwagi zareagowała jakoś nie jak na naukowczynię przystało.
Jest jakaś granica licencji poetyckiej?
Nie ma?
A jeżeli jest - to jaka? Dopokąd sięga?
Czy jakość wiersza zwiększa uprawnienia do tej licencji, czy one są niezmienne?
Na zdjęciu Maksym, żeby było jasne, że nie był wątłym, nic nie rozumiejącym, nieporadnym chłopcem, niezgułą o chudych rękach.




Komentarze
Prześlij komentarz