O co chodzi, no właśnie, co chodzi (poniedziałek)


 

20 lipca 2026, poniedziałek

Pisze do mnie kumpel, coś takiego, że z jednej strony nie umiemy porzucić pewnych fantazmatów dotyczących tak zwanego sukcesu, a z drugiej sami sobie budujemy to więzienie, sami kręcimy na siebie te powrósła, postronki i wszelkie inne batogi. Bo marzenie o życiu z pisania jest silniejsze. Nie cytuję dosłownie, raczej streszczam wypowiedź jednego faceta tuż przed pięćdziesiątką do mnie, facet zaraz po pięćdziesiątce.

Tak, to zabawne. Zapewne każdy z nas zaczynając drogą literacką, kiedy by go zapytać gdzie się widzi w wieku lat pięćdziesięciu to raczej ani kumpel ani ja byśmy się nie widzieli tu gdzie jesteśmy. Wiersze wydać żaden problem, jeszcze jest gdzie i po latach pisania wiadomo, że poniżej pewnego poziomu się nie spada, w każdym razie nie tak łatwo i nie tak szybko. No, ale gdyby pomyśleć o tych wszystkich pomysłach na eseje, powieści, cykle opowiadań, no to niestety, nie masz nazwiska - nikt cię nie wyda, sam się wydaj, tak będzie najlepiej, mówi ci świat.

Ale tak z drugiej strony, odpisuję kumplowi, wiesz, nie chodzi o życie z pisania. W każdym razie mnie nie chodzi o to, bo napatrzyłem się na życie żyjących z pisania w tym kraju i no nie, nie ciekawi mnie ich życie. Oni, widzisz, mówię, naprawdę żyją sezonem nominacji, ich naprawdę obchodzą nagrody, ich boli to, że to nie ich fizys zdobi okładkę tygodnika opinii. Bo od tego zależy ich być albo nie być, zapłata za rachunki - telefoniczny, prąd, wynajem, ratę kredytu i tak dalej.

No a jeden Dukaj , Twardoch czy Tokarczuk wiosny nie czynią. Względnie dobrze z pisania i zajęć około-pisarskich żyje niewielki margines piszących i w związku z tym nie mogą napisać wszystkiego czego chcą bo sytuacja w której straciliby na przykład stałe źródło dochodu w tej czy innej redakcji jest dla nich sytuacją ryzykowną. 

To, czego naprawdę potrzebuję to nie możliwości życia z pisania, powiadam kumplowi, ale czasu na pisanie. Nie muszę z tego żyć. Mogę żyć z czegoś innego byle to nie było nazbyt zajmujące i nie zabierało mi czasu na czytanie, myślenie i układanie słów - najpierw w głowie, potem na papierze, ekranie. I tutaj to się trochę zazębia, bo można powiedzieć - żyjąc z pisania, masz czas na pisanie.

Niby tak, ale nie w Polsce, gdzie ani Twardoch ani nikt inny wiosny nie czyni, bo u nas jest wieczny listopad. Oto bowiem znam innego kumpla, niźli ty kumplu, który rzucił bezpieczną posadę, która nie angażowała specjalnie jego zasobów intelektualnych, nie dając też poczucia sensu w pracy, aby poświęcić się pisaniu. Tyle, że okazało się szybko, że pisać trzeba to, na co jest zapotrzebowanie, a to wcale nie była literatura.

- Kiedyś byłem w stanie napisać książkę prozatorską w rok, dwa, teraz mija piąty rok a ja niby piszę, ale nie to, co bym chciał - powiedział mi kiedyś. Nie wiem co teraz u niego, ale niestety nie przebił się tak wysoko, jak na to by zasługiwał, co piszę ze smutkiem i bez cienia ironii.

Nie, my dear, nie mam marzenia o nagrodach, nominacjach, życiu z pisania. Mam inne marzenie, niby o tym samym, ale jednak nie. Marzenie o tym, żeby mi tej wewnętrznej przestrzeni w której odnajduję głos do pisania nic mi nie zagłuszało bez sensu, żebym miał szansę tego posłuchać i iść za tym głosem i pisać, póki coś tam w środku drga, pełga, tli się.

To jedno.

A drugie - możliwie zajmować się tym co do piszącego należy, a tym co do piszącego nie należy - to się nie zajmować w ogóle. Na przykład? Nie zapytywać wydawcy czy aby na pewno wysłał moją książkę do kogokolwiek, kto mógłby napisać recenzję czy zaprosić na jakieś spotkanie autorskie. Nie pakować samemu książki do dystrybucji, bo wydawca nie podpisał żadnej umowy z żadną hurtownią. Nie być jedyną osobą, która umawia sobie spotkania autorskie, czasem za zero złotych. Nie być jedynym człowiekiem w przestrzeni tak zwanych social mediów, który wachluje się okładką. I tak dalej.

I znowu nie chodzi o zarobek, nie chodzi o prestiż, o nagrody czy inne zaszczyty. Chodzi o to, żeby móc robić to, co się umie i czerpać z tego jakąś podstawową satysfakcję albo chociaż zerową frustrację.

Problem oczywiście w tym, że zabrnęliśmy w taki ślepy zaułek, że bez stypendiów, nominacji i nagród w zasadzie spełnienie tych oczekiwań jest w zasadzie niemal niemożliwe.

Co nie oznacza zarazem, że nie powinniśmy - skoro zacząłeś kumplu od "my" to i ja skończę na my - nie powinniśmy, powiadam, tracić z oczu tego, co istotnie chodzi. Przynajmniej nam dwóm, jak mam nadzieję.

Komentarze

Popularne posty