174 pomysły na powieści, których nie napiszę albo 1863 historie alternatywne, które nie miały nigdy miejsca, czyli ostatecznie o tym, że race, wszędzie widzę race

 

12 września 2022, sobota

Kilka dni spędziłem na pisaniu do papieru, efekt dopiero za kilkanaście tygodni z obrazkami i w ogóle. Szukałem różnych rzeczy na jeden temat mocno związany z Powstaniem Styczniowym, które jest mi bliskie i odległe zarazem. Grzebałem za różnymi informacjami i zastanowiło mnie jak w 1863 roku, kiedy metody walki ogniowej wchodzą na zupełnie inny poziom niż w czasach napoleońskich, można było myśleć o wojnie z jedną z najsilniejszych armii ówczesnego świata i to wcale nowoczesną - bez własnej artylerii.

Oczywiście próbowano na różne sposoby niwelować przewagę nieprzyjaciela, ale żadnego kamienia filozoficznego nie wynaleziono w tej kilkunastomiesięcznej wojnie partyzanckiej. No i nie dziwi, że nie dawało się w żadnym w zasadzie momencie tej partyzantki dźwignąć o poziom wyżej, bo ledwo jakieś zgrupowanie zaczynało przypominać zrąb pół-regularnej armii - bitwę wydawało mu liczniejsze, lepiej uzbrojone, wyszkolone zgrupowanie armii carskiej i rozbijało powstańców. Nie daj Bóg by tacy powstańcy odnieśli jeden czy dwa sukcesy. To bowiem niechybnie ściągało na nich kontrakcję przeciwnika i obławę. Stąd ten powtarzający się schemat - jedna, dwie, trzy bitwy, trochę marszów, kontrmarszów i ostatnia bitwa.

Policzyłem po nocach przy tej okazji, że w Powstaniu Styczniowym po polskiej stronie pojawia się nie więcej niż czterdzieści luf armatnich i to licząc bardzo tolerancyjnie wszystko co przypominało armatę. Zatem licząc różne powyciągane z zaścianków, dworków artefakty ubiegłych wieków, wiwatówki, a obok nich armaty drążone z pni dębowych i bukowych, armaty zdobyczne wreszcie armaty z brązu i żelaza wyrabiane różnymi metodami potajemnie w zakładach współpracujących z powstańcami. Na oko czterdzieści, z których nie każda oddała chociażby jeden strzał w stronę wroga. Bywało, że armaty własnego wyrobu - drewniane, odlewane lub kute z metalu rozrywało przy pierwszej próbie bojowego użycia. W tym czasie w bitwie pod Gettysburgiem obie strony zgromadziły ponad 650 armat w regularnych bateriach. Wychodziło po 3, czasem 4 armaty na każdy tysiąc żołnierzy. Po naszej stronie tego współczynnika lepiej by było nie liczyć.

W warunkach wojny partyzanckiej czy prawie-partyzanckiej armaty stanowiły też obciążenie dla oddziałów, które stawały się wówczas przywiązane do dróg, rósł im swoisty “logistyczny ogon”, bo armaty potrzebowały odpowiednich koni, wyszkolonych obsług, części zamiennych do lawet, amunicji.

Z kłopotliwości artylerii w warunkach powstańczej walki zdawali sobie sprawę też ci którzy ten zryw planowali. W miejsce siły ognia miał wejść manewr z mocnym dążeniem do szybkiego wejścia w zwarcie bezpośrednie gdzie kosa, pika bagnet mogły dac przewagę. Przy czym co od biedy mogło się sprawdzić w ograniczonym zakresie w Powstaniu Kościuszkowskim to 70 lat później, wobec wzrostu zasięgu celnego ognia broni piechoty i artylerii, no cóż - nie miało raczej prawa zadziałać.

I co w zamian? Mierosławski konstruował kosowozy, które zdaje się nie przeszły pomyślnie testu bojowego w żadnej bitwie.

Natomiast znana była już technologia stosunkowo prostych pocisków rakietowych, zwanych racami kongrewskimi od nazwiska ich twórcy - Williama Congreve’a. Konstrukcja rakiet tego typu była relatywnie nieskomplikowana - korpus z głowicą i silnikiem na stałe paliwo, do tego długi, metalowy pręt, który miał stabilizować lot pocisku i jakaś forma kozła, stołu startowego, z której pocisk można by było przy pomocy lontu odpalać. Race występowały jeszcze w czasach wojen napoleońskich w różnych odmianach z głowicami nawet ważącymi 32 funty, wystrzeliwanymi z przemyślnych rusztowań, bywało że z sukcesami, na przykład przeciwko celom powierzchniowym - np. obleganym fortom, umocnieniom czy fortyfikacjom.

W polu jako artyleria sprawdzały się gorzej z powodu słabej celności, podatności na podmuchy wiatru i niestabilności pracy silników. Nierównomierne spalanie paliwa mogło powodować niekontrolowane skręty pocisku, wirowanie, a zdarzało się że raca zawracała w kierunku tego, kto ją odpalił. Natomiast race dobrze się sprawdzały jeżeli idzie o efekt psychologiczny - przeszywający dźwięk, płomień, eksplozje, czasem w powietrzu, mnóstwo dymu i to, że to latało i było duże - to wszystko potrafiło wywołać panikę jeżeli nie wśród ludzi to na pewno wśród koni szarżującej kawalerii.

Technologia była znana, bowiem w armii Królestwa Polskiego byli rakietnicy, a ich udział w bitwie pod Grochowem w czasie Powstania Listopadowego został nawet zauważony na obrazie Bohdana Wilewaldego. Co więcej były one używane przez armie carską, a dwukrotnie użyto jej w szeregach powstańczych, w każdym razie istnieją dwa przekazy o takim użyciu - z listopada 1863 roku.

Myśl zaś moja biegnie w stronę fikcyjnego scenariusza, który wcale nie byłby taki zupełnie nieprawdopodobny. Otóż już na etapie planowania masowej, ludowej wojny z zaborcą trzeba było szukać jakiejś prostej metody, która pozwoliłaby przeciwnika zaskoczyć i stłumić, złamać chwilowo jego inicjatywę i przewagę. Kosa, dobra pod Racławicami epokę wcześniej - w 1863 roku już nie miała szansy sprawić zaskoczenia taktycznego. Armaty - wobec improwizowanego charakteru siły zbrojnej miały wady - były z punktu widzenia insurgentów mało mobilne, trudnodostępne i skomplikowane w obsłudze, a potrzebowały też “ogona logistycznego” jeżeli miały być skutecznie użyte.

Raca kongrewska miała wiele wersji, można zatem było skonstruować taki jej wariant który bez wyrzutni ważyłby kilka kilogramów tak, że jeden żołnierz mógłby nieść przez las dwie, trzy może nawet cztery takie race. Drugi mógłby nieść elementy rusztowania, kozłów, z których takie race można by było odpalać. Race zatem mogły być potencjalnie dużo bardziej mobilne, możliwe do odpalania w zasadzie z dowolnego terenu, w tym zza zakryć terenowych, zza pleców własnego wojska a koszt wytworzenia był nieporównanie mniejszy niż baterii armat.

Można sobie wyobrazić, że ktoś o takim wpływie na myślenie wojskowe jak nieszczęsny Ludwik Mierosławski wpadłby na taki pomysł by w armii powstańczej obok kawalerii, strzelców, kosynierów powoływać relatywnie liczne odziały pieszych rakietników. W zgrupowaniu 1000 ludzi, gdyby co czwarty był takim rakietnikiem i niósł trzy-cztery race lub kozły do ich dopalania to dawałoby możliwość oddania w bitwie kilku salw po 125-150 rac każda.

Cóż z tego, że niecelnych. Gdyby race używane były masowo - co któraś by trafiała w cokolwiek - grupę oficerów na wzgórzu, tabory na tyłach, zwarta kolumienkę piechoty szykująca się do kontrataku, szwadron kawalerii czekający w odwodzie. Im większe zgrupowanie tym większe możliwości rakietników.

A gdzie powieść zapytacie? No cóż, w powieści “Lalka” Bolesława Prusa mamy Wokulskiego, opętanego między innymi szałem wynalazczości, mamy jego konrahenta z Rosji - niejakiego Suzina, ale nie wiemy wiele o tym gdzie i jak się poznali, za co na Wokulski był na Syberii i jaką rolę miał w Powstaniu Stycznowym, bo wiemy że w nim brał udział, ale szczegółów brak - wiadomo - cenzura. Prus pisał “Lalkę” także pod panowaniem cara.

Tymczasem w rozlicznych relacjach o artylerii mowa jest o jednym oddziale w którym używano drewnianych armat. Zresztą bez powodzenia. Był to oddział człowieka, który miał być dezerterem z armii carskiej niejakiego ... Suzina. Dodać mu młodego powstańca z Warszawy, niejakiego Wokulskiego, który widząc żałosność usiłowań opartych o drewniane działa mówi coś o pewnej technologii racy, która jest przecież dobrze znana w Londynie...

Może być spin-off “Lalki”, może być całkowite fiction w stylu Juliusza Verne’a, nie widzę problemu. Tylko napiszcie jeden (Paweł Kozioł?) z drugim (Michał Piekarski?) podziękowania na końcu i jesteśmy kwita. Pomysł daję za friko.

Czy losy Powstania Styczniowego by to zmieniło? Wątpliwe, ale tak jak w wielu innych przypadkach styl i tempo w jakim się przegrywa też ma znaczenie.


Komentarze

Popularne posty