No nie pasuje (wtorek)
1 września 2026, wtorek
Być może w sposób nieunikniony nabierając doświadczenia, dokonując ocen z perspektywy biograficznej nabierasz chłopie kamieni do kieszeni, kiedy w tym samym czasie próbujesz przecież pływać. A ciężko pływa się z kamieniami w kieszeniach. To ryzykowne. Cholera zresztą wie, czy to kamienie, a nawet jeżeli to takie jak bazalt, który idzie na dno, czy może raczej wulkaniczny pumeks, który utrzymuje się jednak czasem na powierzchni? Trudno powiedzieć. Jednak tych kamieni nie wyrzucę raczej, będę sobie z nimi pływał. Bo też i cóż to są za kamienie? Na przykład lektura Kena Keseya "Lotu nad kukułczym gniazdem", pamiętam ten egzemplarz, zaczytany przez poprzednie pokolenie na śmierć, drukowany drobnym maczkiem na gazetowym papierze, seria PiW-u. Jaki to mógł być rozmiar? Dziewiątka? Ósemka? I bite 294 strony. Czytany może gdzieś chyba w pociągach, takich malowanych na ciemnozielono, może w piętrusie, osobowym, takim gdzie drzwi można było rozsunąć w czasie jazdy i siedzieć zawadiacko na stopniu łapiąc wiatr własny maszyny, zapach żelaza wsiąkającego zrudziałymi plamami w tory. Lato miało domyślny zapach rozgrzanego metalu, z którego robiono ówczesne pociągi, te wagony, wydawały się grubsze, solidniejsze niż te, które jeżdżą dzisiaj, był mało eleganckie, toporne, ciężkie. I jechało się niespiesznie bo wakacje na studiach trwały przecież trzy miesiące, zatem czasu był bezmiar. To poczucie bezmiaru udawało się zachować jeszcze jakiś czas po studiach, niedługi, ale jednak. Zanim przyszedł czas licznych kołowrotów i lektury ukradkowej, gdzieś tam dopychanej, ukrywanej niczym w podstawówce pod ławką.
Albo Tadeusz Nowak, którego bym przecież bliżej nie poznał gdyby nie Pietka, który siedział z nim na kolanach gdzieś w bloku na pierwszym, nie, przepraszam, na drugim piętrze w Lewinie Brzeskim i wymyślał linie melodyczne aby go zaśpiewać, zagrać jeszcze raz. Bo przecież melodyjność Nowaka to było coś niezwykłego, coś, co powinno być stawiane za wzór poezji, poetom, poetkom, że tak może płynąć polska mowa, tak może pulsować rdzeń języka, polszczyzny. Nikt już tak nie umie. Może nawet nie próbuje. Chociaż nie - jest przecież Anna Piwkowska, chociaż ona pisze z innej tradycji melodycznej, akmeistycznej, zatem to chyba jednak nie ta droga, nie ten trakt. Inna sprawa, że dawno nie czytałem nowego jej wiersza, a przecież pisze na pewno, tylko nie bardzo wiem, gdzie się podziewa.
Tych kamieni, kamyczków, odprysków, ułomków po kieszeniach jest masa. No bo skoro o kamieniach mowa - taki "Kamień na Kamieniu" Myśliwskiego i po jednej jego lekturze w całości, ale odciśniętej we mnie jakby w mokrym jeszcze betonie - poruszam się w nim na wyrywki, po ulubionych fragmentach. Ta scena z komisją co przyjechała, żeby się zgodził aby go dokuć na pomniku ofiar ostatniej wojny, żeby się zgadzało wszystko, chociaż on żyw, bo uciekł z egzekucji. Albo o tej kobiecie, co zmęczona, po całym znojnym dniu myje się w balii, albo o święceniu, kiedy nie ma jak klęknąć bo noga złamana, kolano sztywne. I ten język, który udaje prostą mowę chłopską, ale niezauważalnie co chwila odgina się, żeby wpuścić zupełnie inny ton, inny dźwięk, z gracją, nienachalnie, aż nagle się orientujesz, że nie jesteś już w głowie i myślach chłopa z kosą na skraju pola, bo cię wystrychnął Myśliwski na dudka i już wprowadził narratora wielokrotnie podmieniającego się z bohaterami.
Jak się takie rzeczy nosi ze sobą, w sobie, to się człowiek robi ociężały. Widzisz młodszych od siebie gnących się w uprzejmościach żeby jednak wyjść z potrzeby i powinności obronną ręką i jednak nie urazić, nie narazić się, bo jednak może kiedyś, gdzieś to się przyda - przysługa, ugięcie lekko nogi w bucie wbrew sobie. A tobie się już zwyczajnie, kurwa, nie chce. Pomimo tego, że przecież język akademii, narzecza krytyki literackiej dostarczają dość narzędzi by o dowolnym kwicie na węgiel napisać rozprawkę wskazując na semantyczne napięcia mistrzowsko rozgrywane poprzez maestrię języka. I czytasz kolejną rozprawę o zaledwie przeciętnym, i to w najlepszym wypadku, zbiorze wierszy, jakby tam niemal legion znaczeń w nim mieszkał i zaraz już mit, legenda i nieśmiertelność. No pewnie, ba. I przykładasz do tego konturu wyrysowanego przez niewątpliwie sprawnie międlącego aparatem polonistycznym doktora, może nawet habilitowanego swoją miarę, porównujesz z oryginałem, który znasz, bo czytałeś, wyjmujesz z kieszeni jakiś strzęp z tego co już był i minęło, a potem krzywisz gębę swoją mówiąc:
- Nie, nie pasuje, rozłazi się w szwach, a to nie przystoi, gdy się chcesz zwać artystą, poetką, pisarzem. Wypad.
Na szczęście nikt, albo prawie nikt cię nie słyszy a jeszcze mniej czyta, i nie to, że idziesz na dno, bo chyba jednak to, co zgromadziłeś w kieszeniach to bardziej jest pumeks, albo jeszcze coś innego, metal profesora Geista czy jak tam mu było, panie Prus. Zatem nie toniesz, chociaż czasem się zanurzasz. Ale jest cisza wokół. I ulga, że nic od ciebie nie zależy, zatem jesteś wolny, wolny na tyle by powiedzieć raz na jakiś czas - nie. Po prostu nie.
Wypad.



Komentarze
Prześlij komentarz